piątek, 29 listopada 2013

Czemu mam zawsze czas na trening?

*UWAGA: pisząc to nie chciałam nikogo obrazić, a podając przykłady nie miałam na myśli nikogo konkretnego. W razie nadwrażliwości proszę przed czytaniem wziąć dwa głębsze... wdechy.*




Yumi taka aspołeczna.
Wow.


Ostatnio moje życie kręci się wokół dwóch tematów: studia i trening. Resztę wyeliminowałam bądź zmniejszyłam do minimum. Przez przejście w tryb samotnika zdążyło mi się obić już o uszy, że przestałam ćwiczyć parkour - hehe.

Wena gdzieś ze mnie uleciała i od kilku tygodni zdaje się nie powracać, a ja chciałabym wypowiedzieć się na kilka świeżych i dość ważnych tematów. Podejście już chyba czwarte bądź piąte. Przynajmniej mijający czas poświęcam na dokładne obserwacje otoczenia.



   "Nie mogę przyjść na trening, nie mam czasu!", i jak to ma się do mnie i do innych osób.


Powyższe przytoczone zdanie ostatnio słyszę notorycznie. Nie mogę bo studia, nie mogę bo praca, nie mogę bo muszę wyprowadzić psa na spacer. Od października niesamowicie trudno mi z kimś się umówić na treningowy wypad na miasto. I tu dodam: też zdarza mi się tak powiedzieć!
W czym sęk? Ano w tym, kto co rozumie poprzez wspomniany brak czasu. Ha! I tu zaczynają się schody.



  • Zacznijmy miło. Część osób mówi tak, gdy rzeczywiście nie ma możliwości stawienia się na umówiony trening - akurat tego dnia zajęcia trwają od rana do późnego popołudnia, następnego dnia jest ciężki sprawdzian bądź kolokwium, inne ważne sprawy muszą być załatwione w danym momencie itd. Może się zdarzyć, że tym sposobem opuści się kilka grupowych treningów z rzędu, takie życie. Ale jeden mały szczegół wszystko rekompensuje: gdy dana osoba mimo wszystko ćwiczy. W końcu treningi w samotności są nie mniej wartościowe jak te z innymi traceurami! Nawet domowe siłówki są dobre. Grunt to trzymać się wyznaczonych celów i nie demotywować, szczególnie gdy robi się zimno i już o 16 panuje szarówka za oknem. Według mnie to jest ten moment przesiewu i zostają osoby naprawdę zawzięte, zafascynowane, zdecydowane.
"Przepraszam was, nie mogę przyjść na trening w czwartek o 11. Może innym razem." Mam wtedy zajęcia... Szkoda, ale wczoraj na szczęście zrobiłem sobie trening siłowy w parku, a jutro mam od rana wolne, więc mogę pójść do centrum poćwiczyć kongi. Akurat ma być słonecznie.


  • Inna sprawa, gdy dzień ma jedynie 24 godziny, a tyle spraw do załatwienia... i na trening nigdy nie starcza czasu. Bo trzeba zrobić zakupy, obejrzeć jak co tydzień nowy odcinek serialu, zrobić pracę domową, pouczyć się na egzamin, odkurzyć, a na koniec jest się tak zmęczonym, że nawet bezczynne leżenie nie daje odpoczynku. I co z tego, że chęci są?
    Oj tak, pamiętam ten stan. Jeszcze ja niedawno miałam takie rozterki. Każdy jest inny, więc nie chcę wrzucać do jednego worka, ale u mnie rozbijało się to o nieumiejętność gospodarowania czasem... i myślę, że w dużej części przypadków to właśnie jest problem. Najtrudniej było mi do tego dojść! A potem wystarczyło określić swoje priorytety i nauczyć się planowania. Nagle zauważyłam, że nie potrzebuję pół dnia wolnego by porządnie potrenować i nawet nabawić się dwudniowych zakwasów. I choć do teraz mam problem z wstaniem wcześniej w celu zrobienia siłówki przed zajęciami, nie widzę przeszkód w zapakowaniu dresów i wyskoczeniu po szkole na godzinkę na trening. W zamian o godzinę krócej siedzę przy komputerze (największy zjadacz czasu!), nie spotykam się z koleżankami na pogaduchy, nie czytam mangi - no, chyba że po japońsku jest, to akurat dobra dla mnie forma nauki ;P - przykłady można wymieniać długo.
    I jeszcze jedno: może się okazać, że po takim rachunku sumienia i ułożeniu zajęć w kolejności... parkour nie okazuje się być wystarczająco ważny, by znaleźć na niego czas kosztem innych czynności. Cóż, tak też może się zdarzyć. To nie jest sport dla wszystkich, i nie mogę być na kogoś zła, że na przykład koszykówka, taniec, chemia organiczna czy rysunek okazały się być priorytetem.
"Przepraszam was, nie mogę przyjść na trening w czwartek o 11. Może innym razem." W sumie czwartki mam wolne, ale w piątek mam test więc muszę się cały dzień do niego uczyć. O, i wieczorem spotykam się z Marysią, dawno jej nie widziałam! Może do kina pójdziemy, w sumie 2 godzinki mnie nie zbawią w nauce. No, więc na pewno iść nie mogę, rano muszę się uczyć.


  • Bywa też tak, że siły i czas by się znalazły, ale ochoty nie ma. Bo parkour taki fajny i w ogóle, ale zimno jest, i mokro, a łóżko takie ciepłe, film taki ciekawy, książka błaga o przeczytanie i lekcje same się nie odrobią. Nagle okazuje się, że całe życie nie sprzyja naszym treningom, wiek nie ten, siła nie ta - no jak to tak, mam uczyć się podstaw, gdy oni są obok? Wyśmieją mnie - ale mimo wszystko ja chcę, naprawdę! Dodajcie mnie do grupy, informujcie o treningach, jak znajdę chwilę to NA PEWNO przyjdę.  
"Przepraszam was, nie mogę przyjść na trening w czwartek o 11. Może innym razem." Kto ustala treningi o takich porach? Ostatnio umawiali się na 16 we wtorek, a nie mogłem bo byłbym strasznie zmęczony po szkole. Jak tak dalej pójdzie, to nigdy nie pójdę na trening, a chciałbym skakać tak jak oni. A tak poza tym, to ci traserzy to muszą być niesamowicie uzdolnieni, znajdując na to wszystko czas, i tak łatwo im te skoki przychodzą, wszyscy łatwo się uczą, a mi zajmuje to wieki! To niesprrrawiedliwe! Jak ja nienawidzę  uzdolnionych ludzi...


A Ty, do jakiej grupy należysz? :P

Tak na prawdę nie chodzi mi o kategoryzowanie i szufladkowanie ludzi, tylko o uzmysłowienie wam i sobie samej pewnej rzeczy. Każdy z nas przechodził powyższe 3 bądź dwa etapy w różnych dziedzinach. Nie szukając daleko,  ja sama zatrzymałam się gdzieś pomiędzy punktem "chcę, ale tyłka nie ruszę" a "coś tam kombinuję, lecz czasu tak mało" w graniu na gitarze. A to z powodu parkour właśnie. Zainwestowałam w jedną pasję kosztem drugiej, i uważam to za rzecz naturalną. Nikt nie będzie przecież mistrzem we wszystkim, za co się zabierze, dlatego ja, sama rezygnując z niektórych rzeczy, nie mogę źle oceniać osoby nietrenujące parkour

Grunt to znaleźć tę prawdziwą pasję i włożyć w nią całe serce, doskonalić i pielęgnować. :)





czwartek, 14 listopada 2013

Schody.

Tak jak zaplanowałam, w dzisiaj zrobiłam sobie siłówkę na nogi.
Jakoś tak wyszło, że równo o 17:30 znalazłam się w parku. Wiatr lekki, ale mroźny, kłuł mnie w uszy. Nasunęłam ciaśniej czapkę i poprawiłam rękawiczki. Ah, jak dobrze, że je wzięłam, tak cieplutko. Wody do picia zapomniałam spakować, jak zawsze w sumie.

Wychodząc z domu już po zachodzie słońca obawiałam się, że nic nie będzie widać, ale na szczęście moje upatrzone schody są dobrze oświetlone, w dodatku z góry, więc mój cień pada w dobrą stronę. W sumie od dziś bardziej lubię takie treningi gdy jest ciemno, bo nic mnie nie rozprasza, mniej ludzi przechodzi, jest tak niesamowicie cicho.

Lekka rozgrzewka, jedna warstwa ubrań mniej. Swobodniej i nadal ciepło.
Zaatakowałam schody.

Choć schodki nie były wysokie, to nadrabiały ilością. I tak były najwyższe jakie mogłam znaleźć w okolicy, więc marudzić nie mogę.

Przechodząca pani uśmiechnęła się i spytała, czy się nie boję, skoro "chłopcy tu w okolicy łażą". Odwzajemniłam uśmiech i zapewniłam, że wszystko w porządku.
Kilka minut później przechodząca para w średnim wieku zamilkła mijając mnie na dole, po czym usłyszałam ich donośny śmiech i szepty. Gdy wbiegłam na górę, kobieta głośno sapała. I wtedy to mi chciało się śmiać, ale zrobiłam to tylko w duchu.

 Planowałam 18 biegów w górę. Zrobiłam 25. Biorąc pod uwagę, że umierałam po 12 w Stuttgardzie z Jules... No, może tamte schody były o 1/4 dłuższe niż moje. Ale to zawsze jakiś postęp.
Po ostatnim wbiegu myślałam, że zwymiotuję. Ostatnio tak się czułam w kwietniu, na siłówce z Johannem i Mańkiem w Poznaniu... tyle, że wtedy dobrowolnie bym tego nie zrobiła. Jestem świadoma, że już w połowie wywiesiłabym białą flagę i poszła umierać gdzieś w kąt. Dziś po 18 planowanych biegach mimo trzęsących się nóg i rzeki płynącej z nosa pomyślałam, że co mi szkodzi. Jeszcze jedno powtórzenie mnie nie zabije.
I potem jeszcze jedno.
I jeszcze jedno.

Skupianie się na własnym oddechu bardzo pomaga. Następnym razem wezmę muzykę.
I pomyśleć, że to wszystko dzięki krótkiej, ale treściwej rozmowie z Jules. W końcu opuściłam gardę i pozwoliłam sobie przemówić do rozsądku. Bez siłówek to za przeproszeniem gówno mogę zrobić. Choć nie - mogę na przykład nabawić się kontuzji, co nie omieszkałam sprawdzić na własnej skórze w tym roku. Ehh.



Doczłapałam się do domu i wtoczyłam do wanny. Ah, gorąca woda :3 Relaks tak bardzo.
Kolejna siłówka już w niedzielę. Tym razem wezmę wodę >.<"






środa, 23 października 2013

Stuttgart '13

W kolejce do opisania czekają jeszcze dwa zloty, a czas płynie nieubłaganie, dodatkowo przyspieszany przez kolejne kolokwia. Podczas dłuższego weekendu planuję w końcu to spisać, jednakże pierwszeństwo ma wyprawa do Stuttgartu. Wspaniała i kompletnie niespodziewana wyprawa.



Zaczęło się od treściwej informacji od Mańka kilka(naście?) tygodni wcześniej.
- Chcesz jechać ze mną na parkourową wymianę do Niemiec? Fajnie by było, gdyby pojechał traceur i traceuse.
- No ja chętnie, informuj mnie jak się czegoś więcej dowiesz.

Dni mijały, a ja z czasem o tym po prostu zapomniałam, zajęta codziennymi sprawami i nauką. W międzyczasie Maniek uległ kontuzji, co przypomniało mi o wyjeździe i zmusiło do znalezienia zastępstwa za kolegę, ale temat szybko ucichł. Aż do drugiego tygodnia października, gdy okazało się, że wyjazd już wkrótce.

- A wiesz w końcu, co to za wymiana, o co w niej chodzi, kto ją organizuje?
- ... w sumie to nie mam pojęcia.

Mimo niewiedzy byłam bardzo podniecona tym wyjazdem. Zawsze to okazja do potrenowania i zwiedzenia kawałka świata.


W poniedziałek 7 października dostałam emaila od Jules. Długo się wgapiałam w to imię, trudno mi było uwierzyć, że naprawdę ktoś z niemieckiego teamu traceuses FREEQUENCE do mnie napisał :'D Gdy otworzyłam treść - szczęście i motyle w brzuchu. Owa Jules, założycielka teamu, dostała listę osób biorących udział w wymianie i skojarzyła moje nazwisko z jakiś czas temu nakręconym moim i Cyriela filmem parkour.
Zdziwienie. "To takie wyskillowane osoby oglądają takie kiepskie filmy?". Autokorekta w myślach. "A ty znowu o tym samym. Gdyby na filmie skakał ktoś inny niż ty, stwierdziłabyś, że to naprawdę kawał dobrej roboty jak na dwa lata treningu od samych podstaw". I tak cały dzień, wewnętrzna huśtawka myśli.

Tydzień później kolejny email, od nieznanej mi osoby. Informacja o godzinie i dniu wyjazdu oraz powrotu. Weekend zapowiadał się więc długi, bo wyprawę zaczynaliśmy już w czwartek, a wrócić mieliśmy w poniedziałek wieczorem. W głowie coś mi zgrzytnęło "kurde, a kolokwium...".


I nadszedł czwartek, 17.10. Od samego rana na nogach, rajd przez Łódź do Decathlonu po nowe kalenji, do kantoru, na angielski, wieczorne dopakowywanie się.
Nie ma to jak być urodzoną łodzianką, i stojąc na placu komuny paryskiej dopytywać się studentek pochodzących z innych miast, gdzie się owy plac znajduje...
Nadal utrzymuję wersję, że to przez fakt, iż było ciemno.

Autokar zacny, Gandalf Travels zawsze do usług. Wokół niego kłębiło się już dużo osób. Widać, że esencja łódzkiej alternatywy, czuć było taki inny klimat, przynajmniej ja czułam. Niedługo po mnie do ekipy dołączył Razowy i wpakowaliśmy się do autokaru. Naprzeciw środkowych drzwi. Tak, przy samym kiblu. Tak bardzo bez sensu xD
Od pierwszych minut podróży atmosfera bardzo luźna, rozmowy prowadzone przy akompaniamencie brzdęku uderzanych o siebie w toastach butelek z piwem >.>  A po piwie wiadomo, chce się odwiedzić toaletę. Najbliższy postój - Wrocław.
Matko, co to było :'D Tytoniowa gaz-komora i inne atrakcje.
Pierwszą część podróży zdecydowanie wygrał Dawid, przedstawiający się wtedy jako Januszek, który nawalony po wszelkie granice szarżował na busowy kibelek, i za każdym razem gorzej to mu wychodziło. Pana Spinacza też zapamiętam dobrze, w końcu trudno nie pamiętać o osobach, które za przeproszeniem wyżej srają niż dupy mają. Pamiętać, i na przyszłość omijać łukiem, coby energii nie tracić i nerwów :3
Po pierwszym postoju i przemowie wielu osób ("tak, jesteśmy gównem!" ♥) powstałe wcześniej konflikty wygasły i dalsza jazda przebiegała raczej spokojnie.


Przynajmniej do ostatniego postoju przed Stuttgartem, gdzie to na niemieckiej stacji benzynowej zgubiłam swój telefon. Najnormalniej w świecie wypadł mi z kieszeni. Bycie partyzantem czasami się po prostu nie opłaca >__>

Frustracja rosła we mnie z godziny na godzinę, a sytuacja miała miejsce w piątek z samego rana, o jakiejś bodajże ósmej. Niefajnie.


Jadąc ulicami Stuttgartu co chwila słychać było pomruki "ale tu czysto... jak tu ładnie...". Tak bardzo nie-łódzko, nie-polsko.

Dojechaliśmy przed ratusz, autokary zostały wypakowane, dowiedzieliśmy się kto w jakim hotelu nocuje i czekaliśmy na Betinę, która moją grupą (beatbox, graffiti, b-boying, parkour, skateboard) miała się zaopiekować. Potem razem poszliśmy do małej knajpki, gdzie podali nam sałatkę obficie polaną sosem vinegret i makaron w sosie serowym. Wszystko 'na koszt firmy' w zasadzie :P

I to właśnie TAM pierwszy raz spotkałam się z Julią z FREEQUENCE, znaną jako Jules. Zjadła z nami. Już od pierwszych zdań miałyśmy świetny kontakt, jakbyśmy kiedyś już się spotkały, już znały. Razowy także się odnajdywał w sytuacji. Ah, piękna więź traceurska.

Posiedzenie zostało przerwane, by pojechać do naszego hotelu. Ulokowany na wzgórzu, akurat ja i Rzw dostaliśmy pokój na samej górze. Widok z okna sprawiał, że szczęka opadała.

Szybkie przebranie się w ciuchy treningowe, by pójść na oficjalne otwarcie imprezy, w tłum garniturów i sukienek koktajlowych. LDZ represents >D Niestety plan treningu po gali nie wypalił, więc tym głupiej nam było. Ale kto by się przejmował, gdy było jedzenie za free :3
Ludzkość została w centrum, a Razowy i ja wróciliśmy do hotelu się wyspać. W końcu następny dzień zapowiadał się bardzo treningowo.
Widok nocnego Stuttgartu jeszcze bardziej zaginał czasoprzestrzeń. A ja walczyłam z umierającą baterią aparatu, by zrobić choć jedno zdjęcie. Ha, smak zwycięstwa ;)


Gdy on jest za granicą, to się jakoś tak bardziej tęskni?
No... prawda.


Poranek bardzo przyjemny. Ogarnięcie się zajęło mi kilka minut, pomijając walkę z moim kotem, a raczej jej sierścią >.> nie ma to jak biały kiciuś lubiący przechodzić po świeżo wypranych czarnych ubraniach.
Z Jules mieliśmy się spotkać o 11 na stacji S-bahn Feuersee. Jednakże ja i Julia mamy jedną wspólną cechę - choć tego nie lubimy, to ciągle się spóźniamy xD Dlatego po kilkunastu minutach przyszli po nas dwaj traceurzy. Na szczęście pierwsza miejscówka mieściła się niecałe 2 minuty od miejsca, gdzie staliśmy.

Jak zauważyć traceura?
Stoi tam, gdzie nie powinien ;D

Przywitałam się z zebranymi już osobami. Dużo dziewczyn było, no ale to nie Polska - tu traceuses nie są rzadkością i zjawiskiem prawie że nadprzyrodzonym. Były miłe, ale mało rozmowne. W sumie rozumiem, mnie angielski jeszcze dwa lata temu strasznie odstraszał, mimo że porozumieć się w nim umiałam.
Poskakałam to i tamto, nawet się okazało, że część rzeczy nie sprawia mi trudności, a niektórym dziewczynom stamtąd tak. Reprezentowałam Łódź jak najlepiej mogłam ^^
A Razowy jak ryba w wodzie, mimo bolącego kolana porządny pokaz umiejętności robił.

 Na pierwszej miejscówce poszłam z Jules do sklepu po wodę.  Wracając spotkałyśmy trzy małe niemieckie dziewczynki, które zrobiły sobie stoisko na ławce w parku i sprzedawały ręcznie robione bransoletki z muliny. Takie małe, a jakie zaradne ;D Jules ukucnęła, chwilę z nimi pogadała a ja patrzyłam się na staw. Gdy wstała, podała mi jedną z bransoletek od dziewczyn, a drugą założyła na swój nadgarstek.
Niesamowicie miły gest.
Zmieniliśmy miejscówkę na lekko ponad dwumetrową ścianę. Świetny ździeracz nadgarstków. Obok była dziwna metalowa konstrukcja, nadająca się do skakania. I tu kolejna niespodzianka - nie potrzebuję już mnóstwa czasu, by stworzyć sobie traskę i płynnie ją wykonać. Level up!

Po ściance przenieśliśmy się do sklepu, kupić coś jadalnego.
Tak, żelki były priorytetem.

Tak obładowani poszliśmy na plac główny przed ratuszem, by rozstawić czekające już na ziemi rusztowanie. Brudne jak cholera, ale dobrze, że było. Rozstawianie tego było naprawdę walką o stabilność, którą po części wygraliśmy. Przynajmniej jedna osoba była w stanie swobodnie po tym biegać.


Korzystając z pozostałego czasu wolnego zjadłam to, co zakupiłam (serek o smaku kebaba, om nom nom) i przeszłam się do pobliskiego sklepu DM na zakupy kosmetyczne. Skoro już jestem w Niemczech, to muszę korzystać! Dorwałam to, co chciałam (olejki do włosów, ah my precious). Eh, w Polandii takich rzeczy nie ma :/
W międzyczasie na placu zdążono rozstawić wielkie namioty, gdzie Owca, Dawid i reszta grafficiarzy tworzyła swoje cuda.

Zrobiło się ciemno, porozstawiano wielkie lampy, wszystko dopięte na ostatni guzik. Zebrało się naprawdę dużo przechodniów, traceurów także. Po wstępnym rozskakaniu się Jules wybrała spośród nas dziewięć osób - w tym mnie - i zgromadziła, by ustalić jakiś plan naszego występu. Jako, że tylko jedna osoba na raz mogła skakać po rusztowaniu, każdy dostał swój numer. Biegliśmy dwa razy, pierwszy bieg był zaplanowany, drugi to luźna improwizacja. Byłam siódemką, w pierwszym biegu robiłam duży skok do lache pod skosem, przeskakiwałam rurkę będącą na wysokości talii i czekałam na boku, aż Jihane z numerem 8 skończy swój bieg, bo pod jego koniec on robił flagę, a ja jednocześnie chorągiewkę.

Śmiesznie było, gdy robiliśmy próbę generalną do tego. Każdy na swoich pozycjach, zaczęliśmy po kolei biegać, potykać się, nie dokręcać i doskakiwać, grunt by po prostu pokazać innym "patrz, tę barierkę pacnąłem, czyli podczas show na niej wyląduję". A ludzie się gapią i biją brawo za taką fuszerkę xD

Chwilę później pojawiły się wielkie kamery, Jules wskrobała się z Tomkiem na ciężarówkę i stamtąd przez mikrofon wygłosili krótką przemowę. I się zaczęło.
Mimo wielkiego tłumu gapiów (ku mojemu zdziwieniu) stres przeszedł w momencie, gdy wyskoczyłam ku drążkowi. Nie ma świata, tylko ja i parkour.
A chorągiewka, którą zrobiłam, była najlepsza i najdłuższa w moim życiu xD

Oto nasz show team, plus Julia i Gabor - nasi 'ogarniacze'.

Gdy po zrobieniu zdjęcia rozeszliśmy się po swoje butelki z wodą, podeszła do mnie Jules i powiedziała coś, co zapamiętam na zawsze. Nie spodziewałam się, że naprawdę poczuje potrzebę poinformowania mnie o tym, a tu proszę. Dzień Cudów trwa.

"I am happy I met you."

Po pokazie przeszłam się pooglądać graffiti. Dawid całkiem nieświadomie stworzył zacnego clowna, a Owca wykonał przecudny obraz kobiety dotykającej graffiti. Pamiętałam, że właśnie to rysował długopisem po wyjściu z autokaru w piątek.
Potem całą ekipą poszliśmy na jedzenie. Było przepyszne. Jak to powiedział Razowy, "magic ingredient - it's for free". Wino i piwo też for free. A butelkę Żubrówki skombinowaliśmy za 5€ ^^
Występ Zoraka i Bolana był zacny, ekipa tańcząca breakdance również wymiatała.
Magiczne szutczki w backstage'u, śmiech do bólu brzucha, sprite z wódką w szklankach przed ratuszem,
Sztokhor Crackhouse 2013, dziesięć nowych przykazań, "ooo, it's raining, yaaaay", wyprawa krzyżowa do shitsplatz/klopsplatz, pogawędka z przypadkowo spotkanym traceurem, uściski, przemarsz pieszo z Razowym do hostelu (całą drogę pod górkę), zgon o jakiejś 4 nad ranem. Wszystko się z sobą miesza, jedno wielkie wspaniałe wspomnienie.


... na szczęście byliśmy na tyle ogarnięci z Razowym, że zdążyliśmy wystawić nasze buty za okno przed pójściem spać.




Za to poranek był ciężką walką.
Przegraliśmy śniadanie, ale na szczęście banan i chrupki uratowały sytuację. I krem o smaku kebaba.
Nasz letarg ciągnął się aż do... 13? W każdym razie padał deszcz, świetny powód by jeszcze chwilę pozdychać w łóżku.


W końcu zebraliśmy się i pojechaliśmy na miejscówkę mieszczącą się na stacji U bahn, Universität. Naprawdę zarąbista, po części kryta, cudo. Razowy zabezpieczył się anty-treningowo i założył normalne spodnie, ja jednak postawiłam na ciepło i wygodę dresów. 
Na miejscu było już kilka osób, po chwili dotarła do nas Jules. Takie chodzące nędze i rozpacze, cała nasza trójka zakwaszona i skacowana x_x
W sumie nie żałuję, że założyłam dresy. W pewnym momencie Julia wstała i zaproponowała mi siłówkę. Choć to brzmiało bardziej jak stwierdzenie faktu, nie miałam nawet możliwości odmówić. Wstałam z podłogi i ociągając się podeszłam do towarzyszki.

- Widzisz te strasznie długie schody w dół metra?
- No widzę.
- Będziemy po nich wbiegać :D
- ... <grobowa cisza>

A w duchu myśli "gdybym była sama, to by mi to do głowy nawet nie przyszło, takie okropne zakwasy mam". Ale mówi się trudno, no i to tak trochę słabo z mojej strony zdezerterować w takim momencie.
Wolno zeszłyśmy na dół. Kilka zdań rozmowy, i zaczęło się.

- Ready? Coz I'm not. Go!

Co jeden schodek, co dwa, co trzy, prece co trzy, na jednej nodze co schodek, jak najszybciej, wszystko z powtórzeniem dwa razy. Łącznie 12 wbiegnięć na górę. Myślałam, że zaraz puszczę pawia, a nogi trzęsły mi się jak galaretka.

- Jules, czemu to robisz?

W przerwie na dole trwającej zaledwie tyle, co 3/4 wypowiedziane zdania czuć było coś naprawdę dziwnego. Taka jedność wobec wspólnego wyzwania - zdobyć te cholerne schody. Teraz gdy to piszę, przypomina mi się sytuacja z Hellnight, podczas mojej i Emila wycieczki na 4TLOM... Tyle, że tu praktycznie obyło się bez słów. Wystarczyło wymienić się spojrzeniami.

Było krótko, ale intensywnie. Potem rozciąganie i już mogłam stwierdzić, że następny dzień pod względem zakwasów będzie piekłem. I był :'D



Zwinęliśmy się z miejscówki, by udać się na spotkanie przed ratuszem. Betina i kilka osób już tam było. Gdy zebraliśmy się wszyscy, powędrowaliśmy do bardzo przyjemnego pubu, z siedziskami wyglądającymi jak owce :3 Sok jabłkowo marchewkowy i dziwne pierogi były naprawdę smaczne. Tylko naprawdę nie wiem, co niemcy mają z tym sosem vinegret do sałatek >.<
Tam musieliśmy się pożegnać ze wspaniałą Jules. Chwilę później poszliśmy pieszo przed wejście podziemne do stacji Charlottenplatz, gdzie rozpoczął się nasz 'festiwal'. Prawdziwe igrzyska.

Pijany Jezus nie będący policjantem, SSmani patrzący się zza krzaków, ideologiczna dysputa czy jak Mojżesz rozstąpi morze, to czy Jezus idący za nim wydostanie się na powierzchnię, gdy wody się zstąpią, schody metra, genialny plac zabaw z gniazdem na górze, spray akcja, czerwona ulica, więcej schodów, gubienie drogi, znów schody, podróż do hotelu... a w hotelu schody, bo mój pokój na samej górze. Jak w sowiarni.
Wyjście na balkon przez okno to naprawdę niezła opcja. 
Gdy wznosisz toasty wodą mineralną wiedz, że coś się dzieje.
Istny melanż ostateczny.
Nie można też zapomnieć o przepowiedni Owcy.
Będzie rano taki gepressen, że łomatko. Zbiorowy docisk.

Jestem słabym zawodnikiem...


Poranek - bitwa o przetrwanie, część II.
Szybkie pakowanie dobytku i ewakuacja na śniadanie. Facetce trochę puściły nerwy, przez co jazda pod ratusz na gapę była niezwykle emocjonująca :P Na szczęście topór wojenny został zakopany, i łokcie w kieszeniach się już nie otwierały.

Ktoś z przodu autokaru wpadł na iście szatański pomysł ujarzmienia nas poprzez włączenie filmu. O zgrozo - zadziałało. Pierwszy ('Próba ognia') był tak bardzo mózgopiorący, że prosiliśmy o bis w języku niemieckim .__. Za to facetka puściła nam Epokę Lodowcową, a potem misia Yogi. To już był totalny nokaut. Film o niebezpiecznym spływie pontonem na szczęście trochę wyrównał poziom.

Nie mam szczęścia do hot dogów na stacjach, nigdy nie trafiam na gorące kiełbaski .__.
Pod koniec podróży zaczęła mnie strasznie boleć głowa, ale dobry humor ciągle się utrzymywał. Na pożegnanie dostałam dla brata płytę z autografem Zoraka i Bolana, wszystkich wyściskałam i pojechałam z mamą do domu.



Na koniec dowód, że głupi ma szczęście - jakiś niemiecki obywatel znalazł mój telefon, sprawdził w nim numer do mojej mamy i się skontaktował :D Tyle wygrać!





środa, 9 października 2013

Tak...



Uwielbiam to uczucie, gdy moim ciałem targają po-wysiłkowe dreszcze, ciężko oddycham ze zmęczenia i jestem mokra od potu. Zimny prysznic jest wtedy taki przyjemny...


Dużo się ostatnio dzieje w moim parkourowym światku. Nagle, naprawdę znienacka zaczęły się pojawiać różne oferty i okazje, o których nawet nie myślałam.
Po części na pewno dlatego, że ostatnimi czasy naprawdę bardzo przypogresowałam. To wszystko zaczyna wyglądać naprawdę płynnie, szybko, zwinnie. Tak... zaczynam być zadowolona.
Z drugiej strony gdy mam nową okazję, nie zastanawiam się już czy na pewno, ale to na pewno mi się to należy, czy nie zabieram miejsca innym, czy jestem odpowiednia... Skoro ktoś widzi jakie są na ten moment moje umiejętności, i nadal coś mi proponuje, to ja nie zamierzam się wahać. Tak... chwytam szanse jak barwne ptaki za ogony.



Jutro kręcenie materiału na przegląd etiud studenckich dla znajomego.
W następny weekend parkourowa wyprawa do Stuttgartu w ramach pewnego projektu.
Gdzieś pomiędzy pomniejsze, ale nie mniej ważne zaplanowane wydarzenia.