sobota, 19 stycznia 2013

Co ja tu robię?

Noc już się na dobre zagościła, a ja swoim zwyczajem siedzę i rozmyślam.
Temat nieświadomie rzuciła mi rodzicielka, podczas naszej wieczornej rozmowy nagle poruszając temat parkouru i rzucając niesamowicie szczere z jej strony stwierdzenie "Ja do dziś nie mogę wyjść z szoku i zdziwienia, że wybrałaś ten sport. Przecież ty nie masz predyspozycji, jesteś taka słaba psychicznie."


No i... właśnie. Tyle myśli kłębi mi się w głowie, że nie wiem jak zacząć.


Mama ma niepodważalną rację, to muszę od razu potwierdzić. Jestem bardzo podatna na emocje, szybko wmawiam sobie negatywne rzeczy, za łatwo się poddaję. I się pytanie samo ciśnie na usta - co ja do cholery tu jeszcze robię?
Właśnie. To jest najbardziej zaskakujące. Mimo mojego braku predyspozycji brnę ślepo naprzód, co chwila waląc kolanami w ścianę, piszczelami w brzegi muru, tworząc bolesne odciski, ryjąc twarzą po śniegu. Mimo częstych pochmurnych myśli wstaję i zaczynam od nowa. Pojęczę, ponarzekam, i próbuję. Idę. I ani myślę przestać.

Parkour to dla mnie typowy love-hate relationship. Związek, gdzie jest miłość: uczucie wolności podczas biegu, niesamowita satysfakcja z trudnego skoku czy wejścia, relaksujące rozluźnienie mięśni po treningu. Związek, gdzie jest także nienawiść: okropny ból po uderzeniu się w przeszkodę, złość na samą siebie gdy nie potrafię przemóc się do skoku, zniecierpliwienie gdy ciągle nie widać efektów ćwiczeń.

Doszłam do wniosku, że to właśnie kocham, to mnie tu trzyma.




Dużo do myślenia dała mi też wypowiedź pewnej osoby. Powiedziała mi, że im dłużej pracuję nad sobą, tym wartościowsze jest to, co robię. I nie chodzi tu o coraz większe skoki, a o fakt, iż mimo częstych niepowodzeń nie zawracam z mojej drogi.

I będę marudzić na treningu nie raz, wściekając się na samą siebie za uleganie paraliżującemu strachowi, pokrzyczę patrząc się w niebo "nigdy tego nie zrobię!", popłaczę się z bólu znów w coś uderzając - to jest pewne.
Ale następnego dnia zacznę od nowa, aż w końcu mi się uda, aż zrobię kolejny kroczek na przód.



Mam uczucie że sama nie wiem co chcę przekazać. Na szczęście karty bloga przyjmą wszystko, choćby największy bełkot czy - jak w tym przypadku - myśli siedzące w mojej głowie nieustannie od kilku dni.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz