(PIERWSZA CZĘŚĆ WYPRAWY: KLIK)
Dziś współkreatorem wpisu jest Emil, towarzysz mojej autostopowej podróży :)
"Obudziliśmy się rano jakoś między godziną 9 a 10. Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy to: "aaaa... Kolejny poranek.. Fajnie, że świeci słońce.. Trzeba wstać i coś zjeść.. Ej, zaraz.. Jestem w Berlinie! ;o".
Tak, to niewiarygodne, że z czystych chęci, tak po prostu można znaleźć się w zupełnie innym miejscu,
innym kraju, z innymi ludźmi dookoła. Podejrzewam, że większość ludzi albo nie ma na to odwagi, albo nie zdaje sobie z tego sprawy. Podróżowanie jest cudowne."
Dokładnie - wstałam, popatrzyłam się w sufit i ze zdziwieniem stwierdziłam, że to nie mój sufit. Nie moje miasto, ba! Nie mój kraj nawet. Tak z dnia na dzień się przemieściliśmy, czysta magia. Pogoda przepiękna, zachęcała do odkrywania Berlina.
"W końcu cała nasza trójka wstała z łóżek i zjedliśmy śniadanie składające się z emilowego chleba,
szynki konserwowej, dżemów i... awokado :) pyszności. Po zjedzeniu śniadania i porannemu ogarnięciu się, dostaliśmy zadanie by samodzielnie odnaleźć pobliski pk park, ponieważ Marie chciała przygotować ciasto na urodzinowe przyjęcie jej brata.
Wyszliśmy po wysłuchaniu wskazówek na poszukiwania. W powietrzu czuć było taką słodką beztroskę, a
przynajmniej my ją czuliśmy. Dziwne to uczucie, gdy jesteś w obcym kraju, na swobodnej wyprawie, gdy ludzie w okół są tak zajęci codziennym życiem i obowiązkami, że nie zdają sobie sprawę z tego, że w ogóle tak można."
Awokado jest przepyszne! A tymi konserwami byśmy z powodzeniem pół Berlina wykarmili >.>
Na początku trochę się przestraszyłam, mając samodzielnie z Emilem gdzieś dotrzeć. Marie wyszła na zakupy, a my na ekspedycję. Fajnie było mijać małe sklepiki, bary i ludzi zajętych własnymi myślami. Wszystko takie normalne, a jednak dla nas wyjątkowe.
Szczególnie światła dla pieszych były wyjątkowe, bo wcale nie migały przy zmianie i człowiek nie wiedział co się dzieje :P
"Oczywiście, aby tradycji stało się zadość, wskazówki co do miejsca nie były dla nas wystarczające, chociaż po drodze zobaczyliśmy fajną miejscówkę. Parking, murki trochę podobne do tych łódzkich, jednak widać, że były parkourowo nie używane. Jedno z nas zaczęło mieć wątpliwości co do tego, czy aby na pewno idziemy w dobrą stronę (i to nie byłem ja!!!). Zawróciliśmy, skręciliśmy dwa razy w lewo aż doszliśmy do wielkiego placu zabaw. Takie place to coś pięknego, w Polsce nie uświadczysz. Place do dosłownie wszystkiego. Od tenisa stołowego, po dziwne, tartanowe pagórki, po drabinki i boiska do siatkówki. Wielka przestrzeń dla dzieci. Było tam przecudownie aczkolwiek.. To nie było miejsce, do którego zmierzaliśmy.
Po chwili oczekiwania pełnej zagubienia i zastanawiania się nad czym czy to na pewno to miejsce, gdzie mieliśmy dotrzeć, zobaczyliśmy idącą w naszą stronę Marie. Naturalnie, oświadczyła nam, że park, do którego mieliśmy pójść jest zaledwie 200m stąd i była wielce zdziwiona, że jeszcze nas tam nie ma skoro wyszliśmy jakieś pół godziny temu."
Dla mnie i Emila to było niezrozumiałe, odkryć w podwórku taką cudowną miejscówkę i widzieć, że nikt jej nie używa :(
No i tak, przyznaję się, stwierdziłam, że weszliśmy w złą ulicę i przez to kręciliśmy się naokoło miejsca docelowego :P Trafiliśmy do innego placu zabaw, który i tak był naprawdę pełen potencjału.
Na szczęście Marie znalazła nas i zaprowadziła do miejsca docelowego. Równocześnie mi i Emilowi opadły szczęki na widok tego raju w środku miasta, pomiędzy kamienicami. Nowiutkie, czyściutkie murki, pachnące jeszcze świeżym drewnem wiórki na ziemi (mięciutkie lądowanie), kompleks rurek... O mamusiu. Raj na ziemi.
"W końcu doszliśmy na miejsce... Szok, to dobre słowo by opisać wyraz naszych twarzy. Obszar wyglądał jak stworzony tylko i wyłącznie z myślą o traceurach. 3 poziomowe mury z cegły połączone gdzieniegdzie rurkami, 2barierki na ziemi, po drugiej stronie mini-kompleks drążków, zaraz obok konstrukcja z drewnianych kłód imitująca warunki naturalne... Kosmos. Dla nas obojga był to treningowy raj i każdy miał co robić. Gdyby nie 30C upał i dalsze plany treningowe, w ogóle by nie chciało się stamtąd wychodzić. Po mniej więcej godzinnym treningu trzeba było jednak wrócić do mieszkania Marie, ogarnąć się, zjeść coś i dalej."
Miałam okropny dylemat moralny - nie oglądać się na nic i trenować ile się da, czy robić mało co, ale oszczędzić siły na później? Choć siły i tak były wysysane przez wspomnianą temperaturę i słoneczko...
Skoczyłam kilka fajnych catów, zrobiłam traskę tu i tam. A czas mijał i wkrótce trzeba było jechać dalej.
Ogarnęliśmy się bardzo szybko, kupiliśmy całodniowe bilety i fru w świat :D pierwsza miejscówka - znane trzy berlińskie murki, często pojawiające się na filmikach.
"Pojechaliśmy w miejsce, które ciężko sobie wyobrazić. Był to ogromny zjazd dla niepełnosprawnych: białe, wysokie ściany, świetnie nadające się do treningów. Na miejscu był już znajomy Marie, Andrej. Rozgrzaliśmy się chwilę i zaczęliśmy trenować.
Chciało się zrobić jak najwięcej, jak to zwykle na wyjazdach, ale może na tym nawet trochę bardziej.
Wiadomo, że gdy stąd pójdziemy, w najbliższym czasie możemy tu nie wrócić. Miejscówka świetnie nadawała się do ćwiczenia wbit, tic-taców, precków, kongów wall-runów.. W zasadzie do wszystkiego xD. Zarówno ja, jak i Yumi, wygraliśmy własne walki z samym sobą. Yumi zrobiła tam bardzo ładną wbitę, natomiast ja przełamałem się do konga do preca w dół, którego się bałem. Dużo fajnych tic-taców i przejść."
Dziękuję Emilu za określenie mojej wbity mianem "ładnej" :3
Co racja, to racja - wiedziałam, że nieprędko odwiedzę to miejsce ponownie, i chciałam wykorzystać cały jego potencjał. Wallruny były wysokie, ale dawałam radę je zrobić, lekkie przejścia na miarę moich umiejętności, oraz coś, czego nigdy w życiu nie zrobiłam wcześniej - wbita do podporu z cata, na dwie łapki jednocześnie. Żadnego przekładania łokci i przechwytywania brzegów. Cud i oświecenie, nie wiem jak inaczej wyjaśnić taki potężny krok naprzód :D A co do konga do preca Emila... no cóż, to już tak wysoki poziom, że mi pozostaje tylko podziwiać.
"Następnie poszliśmy w miejsce, gdzie była jakaś odmiana konstrukcji metalowej. Wyglądało to jak szkielet dość wysokiego budynku. Mieliśmy po tym chodzić. Pierwsze uczucie jakie mi towarzyszyło na samą myśl? Strach, paniczny.
I to uczucie towarzyszyło mi przez cały ten czas spędzony w tym miejscu :o Wysokość była dosyć spora, wydaje mi się, że około 6-7metrów, w najniższym punkcie. Wchodziliśmy tam z drzewa.. Pierwsza poszła Yumi. Jednak gdy weszła na górę i usiadła na tej barierce, strach nie pozwolił na nic więcej. Zrobiłem parę zdjęć jak Yumi siedziała i poszedłem poćwiczyć trochę salt na trawie. Natomiast gdy sam spróbowałem, na poziomie przechodzenia z drzewa na to rusztowanie stwierdziłem, że to nie jest zbyt dobry pomysł i zszedłem. Powiedziałem, że w ogóle nie czułem możliwości by tam wejść i nadal mocno w to wierzę xD. Tylko idioci się nie boją ;) Gdy wszyscy już byli na ziemi, zjedliśmy to co mieliśmy ze sobą, aby mieć siłę na dalszą podróż."
By najlepiej opisać to miejsce - zdjęcia:
Patrząc z dołu pomyślałam "będzie ciężko". Gdy weszłam, w głowie miałam tylko chaos i "kurde balans, spadnę, nie, nie spadnę, aaaa spadnę!". Troszkę przeczłapałam, ale jednak po chwili zdezerterowałam xD
Jak miło było znów znaleźć się na ziemi. I tak, mam lęk wysokości. Lekko pocieszające było to, że Emil spędził na górze jeszcze mniej czasu niż ja :P Każdy ma własne słabości jak widać. Marie i Andrej mają to szczęście, że mogą przychodzić w tamto miejsce kiedy zechcą, i ćwiczyć... widać było, że są oswojeni już z miejscem ;)
Gdy nasi przewodnicy zeszli do nas, rozsiedliśmy się pod jednym z drzewek i zrobiliśmy mini piknik :D Każdy miał coś swojego. My oczywiście emilowy chleb razowy (coś przepysznego), serek i chyba jakąś konserwę :P Bardzo, bardzo smaczne.
"W tym momencie pożegnaliśmy się z Marie i Andrejem, by dalej ruszyć do centrum Berlina. Najpierw w celu krótkiego spaceru przez, podobno, bardzo piękną okolicę, a później na miejscówkę. Cóż.. Ani jedno ani drugie się nie udało! Byliśmy w Berlinie bez żadnej mapy. Już na dworcu, na który dojechaliśmy nie wiedzieliśmy co się dzieje wokół i stwierdziliśmy, że po prostu dojedziemy do centrum. Przeszliśmy spory kawałek, ale żadnej miejscówki nie uświadczyliśmy (dopiero potem Marie stwierdziła, że w zasadzie pierwszy raz dosyć ciężko tam trafić). W końcu, przekonani upałem i zmęczeniem po treningu, zdecydowaliśmy się wrócić do mieszkania Marie."
Do tej bardzo pięknej okolicy nie dotarliśmy, w sumie nie wyszliśmy poza ścisłe okolice dworca. Wszechobecny remont skutecznie nas wypłoszył. Pojechaliśmy potem do centrum na kolejną miejscówkę, znaną mi z filmu teamu Freequence... ale cóż, bez mapy byliśmy. W sumie lekki idiotyzm, ale katastroficznie nie było :P Pochodziliśmy to tu, to tam, najeździliśmy się pociągami i metrem, napatrzyliśmy się na okolicę.
A że głodni i zmęczeni, jak sam Emil napisał, powróciliśmy do naszej znajomej, gdzie czekało na nas...
"Tam odbywało się już przyjęcie urodzinowe, więc, po krótkim ogarze, dołączyliśmy.
To było dość dziwne.. Wiadomo, że robiąc przyjęcie urodzinowe nagle wszyscy nie będą rozmawiać non stop po angielsku :P więc w zasadzie po wymienieniu uprzejmości było tylko na zmianę słychać ich niemiecki, którego żadne z nas na dłuższą metę nie rozumiało i nasz polski, którego z kolei oni nie rozumieli. Dziwna sytuacja, ale było ciasto i sałatka, które rekompensowały wszystko. Pogadaliśmy jeszcze chwilę z Andrejem, który również tam był. Niestety wkrótce musiał wyjść, ponieważ szli później ze znajomym na trening na salę."
Taak, ciasto (marchewkowe, mniam!) i sałatki rekompensują wszystko :D Było przyjemnie, nie czułam się jakoś wybitnie wyalienowana, towarzystwo bardzo miłe. Mimo wszystko uważam język niemiecki za ładny, i na swój sposób uroczy.
W sumie podczas rozmowy z Emilem nagle pojawiło się pytanie "jak my się w ogóle chcemy wydostać z tego Berlina??". Marie udostępniła mi swój komputer, dzięki czemu mogłam sprawdzić polecane miejsca do autostopowania w okolicy, oraz załatwić nocleg w Holandii... bo oświeciło mnie, że dojedziemy tam na noc xD Ja chyba już tak mam, detale opracowuję jako pierwsze, a o tych naprawdę istotnych rzeczach totalnie zapominam. Na szczęście udało mi się wszystko uzgodnić z odpowiednimi ludźmi i wizja nocowania w Holenderskim parku nam już nie groziła.
"Posiedzieliśmy jeszcze aż
goście poszli do domów. Udało mi się namówić Yumi, żebyśmy poszli raz
jeszcze do pk parku. Nie był on jakiś długi, ale nie ma czego żałować.
Mimo wykończenia przez cały ten dzień, dobrze było wyjść poruszać się w
takim miejscu. Trenował tam również inny traceur, jednak nie był zbyt
rozmowny. Aczkolwiek miło zobaczyć na miejscówce innego trenującego."
Ohoho, namówić? Ja z wielką chęcią tam poszłam! Musiałam tylko najpierw wyszukać ważne informacje, o których napisałam powyżej.Coś tam jeszcze poskakaliśmy, choć były to resztki naszych sił :) Pan Milczący Traceur był zaiste cichy, ale czasami się do mnie uśmiechał ;P i nawet fajne rzeczy skakał.
"Tak skrajnie dobici wróciliśmy do domu Marie, w zasadzie by zjeść kolację i położyć się spać ze świadomością jutrzejszego łapania stopa do Holandii :)
Zjedliśmy, pogadaliśmy, umyliśmy się i do spania.
To był świetny, wyjątkowy dzień. <3"
Nic dodać, nic ująć.
Ja dodatkowo poszłam spać z niepokojem, czy damy radę cokolwiek w Berlinie złapać...
Ale o tym w kolejnym wpisie.
Tak. To był świetny dzień <3
piątek, 16 sierpnia 2013
wtorek, 25 czerwca 2013
Czerwcowa podróż - początek.
Jeżdżenie autostopem to naprawdę świetna sprawa, choć wymagająca poświęceń i cierpliwości.
Dużo cierpliwości.
Środa rano, pobudka o ósmej. Szybkie śniadanie, ostatnie obejście mieszkania, ceremonialne zamknięcie drzwi - i tak to wyruszyłam wraz z Emilem w nieznane. Obładowani niczym juczne konie, gdyż zbytnio troskliwi rodzice Emila nie chcieli, byśmy umarli z głodu. Teraz wiemy dobrze, że nam to nie groziło... zawsze to jakieś doświadczenie jest, a i można podciągnąć to pod siłówkę na nogi.
Pierwsze miejsce przy wyjeździe z miasta mieliśmy wręcz wyśmienite. Po około pięciu minutach stania ("No to jak to się robi? Chyba pokazać kciuk i tyle?", "Ej, czuję się jak idiota", "Patrz, może ten...! A, dobra, jednak nie...") ktoś się zatrzymał. Jeszcze nie dowierzając wpakowaliśmy plecaki do bagażnika i w drogę.
Starszy pan, biznesmen. Miło się rozmawiało o przyszłości ludzkości, mechanizacjach ciała i nieśmiertelności oraz ewentualnym zasiedlaniu planet. O cel naszej podróży też zostaliśmy zapytani.
-Jedziemy na zlot parkour.
-Parkour? To coś z koniami, prawda?
Po wyjaśnieniu pokrótce przeze mnie i Emila co to ten parkour i z czym to się je, zostałam uraczona informacją, że miejsce kobiety jest raczej gdzie indziej, i szanowny pan kierowca swojej córce by kategorycznie zabronił takich głupot :) Cóż, nie próbowałam już wdawać się w dyskusje.
Wysadzeni zostaliśmy na stacji benzynowej pod Poznaniem, gdzie pięknie... utknęliśmy. Około 3 godziny stania i bezowocnego pytania się o podwiezienie.W pełnym słońcu, jakżeby inaczej.
Na szczęście znalazł się młody mężczyzna, który zlitował się nad nami i podwiózł znaczny kawałek za Poznań. Kolejny postój był znacznie krótszy, a wybrańcem okazał się pan Francuz, niezbyt dobrze mówiący po angielsku. Szczęśliwie podwiózł nas aż do samego Berlina, choć pojawiły się pewne trudności z określeniem gdzie można nas wysadzić.
-We need to go here (pokazuję palcem na mapie)
-Yes yes, we here, we close! (pokazuje w zasadzie obok naszego punktu docelowego)
Ale życie jest życiem i nie ma za łatwo, do parku doszliśmy po około 40 minutach człapania przez centrum miasta. Ludzie pytani o drogę byli dość pomocni, pomijając szanownego pana dresika z żoną ("excuse me sir, can you help us?" "NO") i chłopaka polecającego nam wziąć taxi :D
Irytacja, bo plecaki ciężkie, brak koszy na śmieci, zjedzone chałwy. I w końcu dotarliśmy.
Z Marie umówiłam się w parku Volkspark Friedrichshain, gdzie odbywał się cotygodniowy trening siłowy zwany "hellnight". Błądziliśmy w tym parku jak we mgle, nigdy nie miałam okazji widzieć tak dużego obszaru zielonego w środku miasta.
W końcu jednak spotkaliśmy Marie, która wyjechała po nas rowerem. Przywitaliśmy się i po krótkim marszu dotarliśmy na miejsce treningu.
Szczerze mówiąc, to mnie porządnie wmurowało.
Ponad pięćdziesiąt ludzi zgromadzonych w jednym miejscu. Podzieleni na dwie grupy, z których jedna atakowała niesamowicie wysokie schody, a druga (do której dołączyliśmy) wchodziła po małych i bardzo szerokich schodkach tyłem, a na górze pompowała. Ładna rzeźnia. Marie poinformowała mnie, że panuje u nich pewna zasada - nie możesz siadać podczas treningu, bo przez to nie szanujesz innych trenujących. Cóż, głupio łamać już na początku takie reguły, dlatego w miarę szybko się ogarnęłam i dołączyłam do ćwiczących. Nie minęło 5 minut, jak dowódca naszej grupy, także Marie, zasygnalizowała że trening dobiegł końca. Wszyscy rzucili się do butelek z wodą, odsapnęli chwilę... i nie podnosząc plecaków ruszyli do diabelnych schodów okupowanych jeszcze przez drugą grupę. Aha, czyli to jednak nie koniec. Wtedy właśnie dotarło do mnie pełne znaczenie nazwy "hellnight"...
Na ogromnych schodach spędziliśmy około pół godziny. Ćwiczenia były najróżniejsze, od precków na samą górę, przez catwalk tyłem, po skoki stopień po stopniu na jednej nodze. Choć zmęczona podróżą i z -jakżeby inaczej- bolącym brzuchem, co chwila zdobywałam szczyt góry by paść na ziemię do pompek. Co mnie bardzo ucieszyło, to widok tylu ćwiczących dziewczyn, i choć każda na innym poziomie, to wszystkie się wspierały. Do teraz pamiętam, gdy wchodziłam tyłem catwalkiem już któryś raz z rzędu i na ostatnich schodkach ręce zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa, trzy dziewczyny robiące pompki na samej górze podeszły i gorąco zagrzewały mnie do walki.
- come on!
- you can do it, last 5 stairs!
- you're so close!
Tak myślę... normalnie bym już dawno stanęła, usiadła i napiła się wody. Wtedy dowlokłam się do samego szczytu i myślałam, że wyzionę ducha. Ale czułam się jednocześnie tak dobrze, widząc te niemieckie traceuses przybijające sobie piątki tylko z tego powodu, że udało mi się wejść. Istna magia.
Na sam koniec nasze grupy połączyły się, stanęliśmy w wielkim kole, razem zrobiliśmy 10 pompek i każdy po kolei odliczył się (nie umiem liczyć po niemiecku, więc w moim wykonaniu brzmiało to mniej więcej tak: "Eeeeemmm... o.O"). Tyle osób! Równie dobrze mógłby to być jakiś zlot w Polsce, a tu tak co tydzień się gromadzili.
Totalnie wyczerpana znów założyłam swój plecak i z Marie i jej znajomymi poszliśmy na stację pociągową, skąd pojechaliśmy do domu Marie. Przy kolacji świetnie mi się z nią rozmawiało, Emil też znalazł wspólny język :) Tamtej nocy zasnęłam ekstremalnie szybko, ciągle lekko nie dowierzając, że jeszcze rano byłam w Łodzi, a teraz leżę w łóżku w Berlinie.
A dnia następnego eksplorowałam miasto, o czym napiszę w następnym wpisie ;)
niedziela, 9 czerwca 2013
Street Pole
Pogoda dziś naprawdę dopisała. Wraz z Iwoną wybrałam się przed południem do pobliskiego parku w celach treningowych. Jednakże tym razem nie parkour, a coś dla mnie kompletnie nowego - Pole Dance :D
W zasadzie można nazwać to Street Pole, bo okupowałyśmy przecudny drążek na placu zabaw.
Po krótkiej rozgrzewce przystąpiłyśmy do działania - Iwi pokazywała mi rzeczy krok po kroku, a ja ją nieudolnie naśladowałam :D Szczerze mówiąc nie sądziłam, że jestem w stanie robić takie rzeczy. Najbardziej zaskoczyła mnie informacja, że niektóre pozy wykonane przeze mnie były już na poziomie średnio zaawansowanym :3
Tak zwane "Gemini". Po wielu próbach w końcu udało mi się utrzymać bez rąk :)
Layout, w zasadzie jedna z prostszych poz.
Fallen Lady, dość wygodne pomijając bolącą skórę pod kolanem :P
Titanic, zwany przeze mnie szaszłykiem. Też prosty.
Już za 2 dni zaczynam swoją tygodniową podróż do Berlina i Rotterdamu, tak bardzo nie mogę się doczekać! Będę miała co wspominać i opisywać. Może uda mi się także nagrać co nieco.
I zapraszam na mój photo challenge! Codziennie dodaję jedno zdjęcie, pokazujące co robiłam danego dnia.
Mam nadzieję, że będę miała możliwość uzupełniania go podczas wyjazdu :)
http://365ofkotone.tumblr.com/
czwartek, 6 czerwca 2013
Random#1
Zdarte nadgarstki, przeciążony triceps prawej ręki, zakwasy na plecach.
Nie ma czasu na odpoczynek, dziś kolejny trening dziewczyn.
Siedzę z Muńkiem w pokoju, rozmawiamy. Nagle do pokoju wchodzi mama.
- Adamie, czy ty też chcesz się zabić?
- mama Cię pyta czy też uprawiasz parkour, Muniek.
"Bo ty to tak ćwiczysz, najpierw jeden dzień ciężkiego treningu, a potem zakwasy i trzy dni przerwy. Opierdalasz się."
- hej, Yumi, co ci jest?
- wiesz, ciężko mi.
- słucham? Nie usłyszałem, powtórz.
- już nic. Nic mi nie jest. Patrz, można tu zrobić fajnego cata...
Chcę odpocząć trochę. Ironia losu, mam mnóstwo czasu i jest mi z tym źle. Ludziom to naprawdę ciężko dogodzić.
Za tydzień wyprawa do Berlina, a następnie do Rotterdamu na 4 The Love of Movement. Już zaczęłam się pakować, śnić o tym wyjeździe... hm, no właśnie.
Gdy śni ci się Toby wiedz, że coś się dzieje.
Nowe kalenji muszę koniecznie kupić (wszystkim polecam te buty, dostępne w Decathlonie!), bo zabiłam już drugą parę. Trzymały niecały rok, naprawdę niezły wynik.
Nie ma czasu na odpoczynek, dziś kolejny trening dziewczyn.
Siedzę z Muńkiem w pokoju, rozmawiamy. Nagle do pokoju wchodzi mama.
- Adamie, czy ty też chcesz się zabić?
- mama Cię pyta czy też uprawiasz parkour, Muniek.
"Bo ty to tak ćwiczysz, najpierw jeden dzień ciężkiego treningu, a potem zakwasy i trzy dni przerwy. Opierdalasz się."
- hej, Yumi, co ci jest?
- wiesz, ciężko mi.
- słucham? Nie usłyszałem, powtórz.
- już nic. Nic mi nie jest. Patrz, można tu zrobić fajnego cata...
Chcę odpocząć trochę. Ironia losu, mam mnóstwo czasu i jest mi z tym źle. Ludziom to naprawdę ciężko dogodzić.
Za tydzień wyprawa do Berlina, a następnie do Rotterdamu na 4 The Love of Movement. Już zaczęłam się pakować, śnić o tym wyjeździe... hm, no właśnie.
Gdy śni ci się Toby wiedz, że coś się dzieje.
Nowe kalenji muszę koniecznie kupić (wszystkim polecam te buty, dostępne w Decathlonie!), bo zabiłam już drugą parę. Trzymały niecały rok, naprawdę niezły wynik.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










