...trwał tyle, co kong do preca z nabiegiem. Szuu i po wszystkim. Bez otarć i z miękkim lądowaniem.
Dzień wylotu był bardzo ciepły. Idąc do mieszkania ojca ubrana w pięć warstw bluzek i kurtek nieźle się zmęczyłam. Chwila rozmowy, zapakowanie jedzenia, ściąganie "Road to Ninja" w ostatnim momencie przed wyjściem. Podróż rozpoczęła się luksusowo, bo tata podwiózł mnie autem na dworzec.
Kupno biletu przeszło wyjątkowo sprawnie. Pociąg także wyjątkowo luksusowy, w środku przypominał trochę nowe łódzkie tramwaje. Polska Kolej oczywiście dostarczyła mi emocji, bowiem okazało się że są dwa pociągi kierujące się w stronę Warszawy wyruszające o tej samej godzinie, ale przewoźnicy inni, i nieciekawie dla mojego portfela byłoby się znaleźć w złym pociągu. Problem zażegnany przez konduktora, można jechać.
Od samej Łodzi do Warszawy Zachodniej jechało obok mnie około sześcioletnie dziecko z matką. Bogowie, ten chłopiec uciszał się jedynie w momencie jedzenia słodyczy, a i to nie zawsze. Od krzyków "mamoo, mamoo patrz, konie z rogami na głowie, mamo, a ten koń robił kupę! Widziałaś??!" rozbolała mnie głowa. Wysiadłam na dworcu centralnym, bez problemów dotarłam na lotnisko, zjadłam wszystko co miałam do zjedzenia. Ostatni telefon do rodziców i można przechodzić przez bramkę.
Lotnisko Chopina takie duże i ładne. W pół godziny do odlotu zorientowałam się, że mam dostęp do wifi, z czego skorzystałam ściągając resztę filmu. Seans ocalony.
Ostatnia bramka, spacer do samolotu, wygodne miejsce przy oknie na samym tyle. Wszystko gotowe, ruszamy na pas startowy. I nagle krzyk z przodu kabiny:
"MAMOOO, samolot się ładuje!! Nie wybuchniemy? Mamooo, zapomniałem pójść do toalety, mogę teraaaaz?" - tak, dokładnie ten głos, którego już nie chciałam usłyszeć. O ironio losu. Na szczęście słuchawki i "Road to Ninja" pomogły. Komfort przelotu ocalony.
Gdy dostałam się busem na stację kolejową w Eindhoven, poczułam się troszkę wyłączona z systemu - bilet można było kupić jedynie poprzez płacenie w automacie kartą kredytową bądź monetami. Miałam pieniądze w banknocie, nikt nie chciał rozmienić, okienka obsługi zamknięte, pociąg zwiał ;P Ale szybko wpadłam na pomysł i po upolowaniu uprzejmego holendra bilet był mój.
W Utrechcie byłam przed 23:00. Miejsce spotkania "Ola Happiness Station", bo budkę z lodami znajdę wszędzie.
______________________________
A już następnego dnia wypad na salkę parkour do FreeFlow Den Haag.
Tłumnie, bo razem z Damianem, Maroushką i Michal. Zrobiłam dużo - od kongów do preca po swingi, caty, climb upy. Fajnie było ćwiczyć te ostatnie razem z Michal, nawzajem się motywowałyśmy i wymieniałyśmy spostrzeżenia. Nauczyłam się także nowego przejścia, o nazwie mi nie znanej - coś jak połączenie palmspina i konga do dasha, naprawdę dziwne ale szybkie i z flow. Ale nie chodzi przecież o to, by nazwać każdy ruch konkretną nazwą ;P
Pod koniec ćwiczyłyśmy handstandy. Michal dała mi jedną małą, ale pomocną radę, dzięki czemu mogłam ustać choć chwilkę dłużej.
W drodze powrotnej każdy wymieniał się spostrzeżeniami. Zahaczyliśmy o sklep spożywczy i ucztowaliśmy w pociągu. Daj traceurowi jedzenie, to nagle umilknie... :P
______________________________
Wszędzie kwitną krokusy i przebiśniegi. Słońce grzeje w plecy, a ja owinięta szalikiem szykuję się do skoku. Oddałam już kilka próbnych skoków obok, na płaskim chodniku, doskakując do krawężnika. 9 stóp, nie mam prawa więc nie dolecieć tego, czego się boję - preca w dół na 9, nad schodami. W dół, więc to jakby 8. Ale w dół...
Damian i Cyriel po dwóch stronach, będą łapać. Zaangażowałam ich w to, tym bardziej muszę skoczyć. Po tylu próbach podczas każdego mojego przyjazdu tu...
trzy, dwa, jeden.
Jestem w powietrzu. Wybiłam się odrobinę za wysoko, ale dzięki temu mam dłuższy lot. Widzę miejsce lądowania.
pac.
Czuję na plecach dłonie chłopaków, ale nie były potrzebne, złapałam balans. Patrzę na stopy - pięty za murkiem, przednia część na brzegu. Idealnie.
Przed kolejnym skokiem stałam na brzegu krótko, wzięłam jedynie wdech, nie myśląc niepotrzebnie. Po wielu przegranych walkach wygrałam całą bitwę.
Ale chwilę potem znalazłam sobie kolejne wyzwanie - lazy przez barierkę w dół, na beton. Teraz jak to piszę wiem, że skoczyłabym z łatwością. Eh, ten strach...
______________________________
Przebalansowałam 298 stóp (około 71 metrów) bez ani jednego spadnięcia. Byłam sama, słońce grzało, katar przeszkadzał, ale coś mnie pchało. Nie myśl. Idź. Oddychaj. Nie myśl.
czwartek, 13 marca 2014
poniedziałek, 3 lutego 2014
Trochę wspomnień i planów.
Nowy rok już od ponad miesiąca, a i ja dawno zrobiłam listę
postanowień. Jak w sumie co miesiąc. Jestem bowiem podręcznikowym
przykładem Człowieka Planującego (choć z realizacją jest już różnie...).
Rok 2013 przepełniony był nieplanowanymi wycieczkami, nieprzewidzianymi wydarzeniami, istny pakiet-niespodzianka. Z wynikiem końcowym zdecydowanie na plus, także (i nawet głównie) pod względem parkour.
W styczniu nic się nie działo, pustynia.
W lutym, po małym kryzysie emocjonalnym stanęłam na nogi. Prawie dzień w dzień ćwiczyłam, regularnie chodziłam na salę akrobatyczną. Nadal uważam, że to była ciężka dla mnie próba siły woli, już blisko było do rzucenia tego wszystkiego w cholerę. Biorąc pod uwagę mój słomiany zapał do wielu rzeczy, tu zaskoczyłam samą siebie.
Marzec za to przyniósł ze sobą wiele zwrotów akcji. Najpierw nagła odwilż w sam raz na moje dwulecie rozpoczęcia treningów. Pod koniec miesiąca wybrałam się na zlot parkour do Poznania, Hello Spring (choć, jak się wtedy śmiano, nazwa "Hello Winter, Again..." byłaby bardziej odpowiednia). Po powrocie tradycyjnie przeziębienie.
Kwiecień oznaczał powrót do Poznania. Nieplanowany. Na ponad 2 tygodnie.
Śnieg stopniał, co oznaczało prawie codzienne treningi, gubienie się w centrum miasta i pasjonujące samotne podróże umożliwione przez MPK. Wiosna przyszła na dobre.
Ostatniego dnia udało się znajomym traceurkom nagrać krótki filmik: http://www.youtube.com/watch?v=sfTmC7mb5RM
Po powrocie do Łodzi kontynuacja treningów z łódzką ekipą. Koniecznie muszę wspomnieć, że 21 Kwietnia zrobiłam swojego pierwszego sideflipa na dworze. Tu dokumentacja z tego dnia: http://www.youtube.com/watch?v=2zDeiqEZexk
Maj na początku zapowiadał się bez fajerwerków, biorąc pod uwagę kontuzję łokcia, jakiej się nabawiłam z przetrenowania. Lecz pewnego dnia dostałam wiadomość... I niecały tydzień później jechałam do Holandii na szybko zaaranżowanym "pół-autostopem" (do granicy Holandii tirem ze znajomym znajomego, dalej na CB Radio), wyposażona jedynie w to, co zmieściło się do starego szkolnego plecaka. Pobyt tam trwał 9 dni, co umożliwiło mi uczestniczenie w zlocie parkour Munki Motion Upgaded, świetny event!
Powrót na szczęście samolotem, do Wrocławia, gdzie na chwilę zatrzymałam się u mojej traceurki Izy. Zdobywałyśmy dachy i mury Wrocławia, czyli to co w sumie kochamy najbardziej.
Nie wiem dokładnie, kiedy zaczęłam snuć plany o kolejnej wycieczce... Ale nadszedł czerwiec i plany stały się faktem - wraz z traceurem Emilem wybraliśmy się w podróż autostopem do Holandii, z postojem w Berlinie. Cel podróży - wielki zlot zwany 4 The Love Of Movement. Jedna z lepszych wycieczek, jakie do teraz odbyłam.
Także w czerwcu pierwszy raz spróbowałam swoich sił w pole dance, spodobało mi się.
Lipiec to wakacje, a wakacje to zloty! Pierwszy raz w życiu pojechałam na Ogólnopolski Zlot Parkour do Wrocławia. Po wydarzeniu pozostałam jeszcze kilka dni u Izy, a następnie pojechałam autostopem do Holandii. Tam do ostatniego dnia miesiąca trenowałam i zwiedzałam okolicę z Lubym.
Pierwszy dzień Sierpnia - wspólny z Lubym autostop do Polski, kilka dni w Łodzi, następnie wyprawa do Gdańska na Międzynarodowy Festiwal Parkour (kiedyś zwany PZP), powrót do Łodzi... Transport publiczny ładnie na nas zarobił. Przynajmniej pociągi jeszcze jeździły, taki spoko klimat był :P
Wraz z Lubym udało nam się nagrać i zmontować filmik z naszych podróży: http://www.youtube.com/watch?v=ybdP-sDy7d4
We Wrześniu wyjątkowo nigdzie nie jeździłam, poszłam do dorywczej pracy i w wolnym czasie chwytałam garściami pozostałe chwile wolności, bo...
...nadszedł Październik, powrót z urlopu dziekańskiego! Po całkowitym przemeblowaniu mojego planu dnia, czas wolny poświęcałam w połowie na naukę, w połowie na treningi. Do parkour dodałam treningi pole dance, porządnie mnie to wciągnęło ;)
Zaskoczeniem miesiąca była weekendowa wycieczka fundowana przez moje miasto do Stuttgartu w ramach rocznicy współpracy Łodzi ze Stuttgartem. Biorąc pod uwagę moje urodziny w tym miesiącu, to był najlepszy prezent urodzinowy od losu.
Listopad i Grudzień spędzony pod znakiem samotnych treningów. Czasami tak lubię, ja i mój cień, muzyka wokół, i moje myśli. Zdobyłam także własną rurę do pole dance.
Ależ się rozpisałam, nie miałam w planach aż tak się nad tym rozwodzić. Mimo wszystko przywołane wspomnienia aż prosiły o symboliczne uwiecznienie.
Od roku 2014 nie oczekuję konkretnych rzeczy. Tak jak rok temu wolę pójść z flow, pojechać tam gdzie mnie wiatr wypędzi, w momencie gdy poczuję, że to ten odpowiedni moment. Mimo to mam kilka punktów-wyznaczników, którymi będę się kierować. Zapiszę je tu, i gdy 331 dni (licząc od dziś) przeminie, wrócę do tego wpisu by sprawdzić, co udało mi się zrealizować.
To chyba wszystko z postanowień, co jest warte wymienienia na tym blogu.
Już za 5 dni wyjeżdżam na ferie do Holandii, z czego od razu w niedzielę jedziemy z Lubym na jednodniowy zlot parkour do Hagi. Będę miała co opisywać :D
Rok 2013 przepełniony był nieplanowanymi wycieczkami, nieprzewidzianymi wydarzeniami, istny pakiet-niespodzianka. Z wynikiem końcowym zdecydowanie na plus, także (i nawet głównie) pod względem parkour.
W styczniu nic się nie działo, pustynia.
W lutym, po małym kryzysie emocjonalnym stanęłam na nogi. Prawie dzień w dzień ćwiczyłam, regularnie chodziłam na salę akrobatyczną. Nadal uważam, że to była ciężka dla mnie próba siły woli, już blisko było do rzucenia tego wszystkiego w cholerę. Biorąc pod uwagę mój słomiany zapał do wielu rzeczy, tu zaskoczyłam samą siebie.
Marzec za to przyniósł ze sobą wiele zwrotów akcji. Najpierw nagła odwilż w sam raz na moje dwulecie rozpoczęcia treningów. Pod koniec miesiąca wybrałam się na zlot parkour do Poznania, Hello Spring (choć, jak się wtedy śmiano, nazwa "Hello Winter, Again..." byłaby bardziej odpowiednia). Po powrocie tradycyjnie przeziębienie.
Kwiecień oznaczał powrót do Poznania. Nieplanowany. Na ponad 2 tygodnie.
Śnieg stopniał, co oznaczało prawie codzienne treningi, gubienie się w centrum miasta i pasjonujące samotne podróże umożliwione przez MPK. Wiosna przyszła na dobre.
Ostatniego dnia udało się znajomym traceurkom nagrać krótki filmik: http://www.youtube.com/watch?v=sfTmC7mb5RM
Po powrocie do Łodzi kontynuacja treningów z łódzką ekipą. Koniecznie muszę wspomnieć, że 21 Kwietnia zrobiłam swojego pierwszego sideflipa na dworze. Tu dokumentacja z tego dnia: http://www.youtube.com/watch?v=2zDeiqEZexk
Maj na początku zapowiadał się bez fajerwerków, biorąc pod uwagę kontuzję łokcia, jakiej się nabawiłam z przetrenowania. Lecz pewnego dnia dostałam wiadomość... I niecały tydzień później jechałam do Holandii na szybko zaaranżowanym "pół-autostopem" (do granicy Holandii tirem ze znajomym znajomego, dalej na CB Radio), wyposażona jedynie w to, co zmieściło się do starego szkolnego plecaka. Pobyt tam trwał 9 dni, co umożliwiło mi uczestniczenie w zlocie parkour Munki Motion Upgaded, świetny event!
Powrót na szczęście samolotem, do Wrocławia, gdzie na chwilę zatrzymałam się u mojej traceurki Izy. Zdobywałyśmy dachy i mury Wrocławia, czyli to co w sumie kochamy najbardziej.
Nie wiem dokładnie, kiedy zaczęłam snuć plany o kolejnej wycieczce... Ale nadszedł czerwiec i plany stały się faktem - wraz z traceurem Emilem wybraliśmy się w podróż autostopem do Holandii, z postojem w Berlinie. Cel podróży - wielki zlot zwany 4 The Love Of Movement. Jedna z lepszych wycieczek, jakie do teraz odbyłam.
Także w czerwcu pierwszy raz spróbowałam swoich sił w pole dance, spodobało mi się.
Lipiec to wakacje, a wakacje to zloty! Pierwszy raz w życiu pojechałam na Ogólnopolski Zlot Parkour do Wrocławia. Po wydarzeniu pozostałam jeszcze kilka dni u Izy, a następnie pojechałam autostopem do Holandii. Tam do ostatniego dnia miesiąca trenowałam i zwiedzałam okolicę z Lubym.
Pierwszy dzień Sierpnia - wspólny z Lubym autostop do Polski, kilka dni w Łodzi, następnie wyprawa do Gdańska na Międzynarodowy Festiwal Parkour (kiedyś zwany PZP), powrót do Łodzi... Transport publiczny ładnie na nas zarobił. Przynajmniej pociągi jeszcze jeździły, taki spoko klimat był :P
Wraz z Lubym udało nam się nagrać i zmontować filmik z naszych podróży: http://www.youtube.com/watch?v=ybdP-sDy7d4
We Wrześniu wyjątkowo nigdzie nie jeździłam, poszłam do dorywczej pracy i w wolnym czasie chwytałam garściami pozostałe chwile wolności, bo...
...nadszedł Październik, powrót z urlopu dziekańskiego! Po całkowitym przemeblowaniu mojego planu dnia, czas wolny poświęcałam w połowie na naukę, w połowie na treningi. Do parkour dodałam treningi pole dance, porządnie mnie to wciągnęło ;)
Zaskoczeniem miesiąca była weekendowa wycieczka fundowana przez moje miasto do Stuttgartu w ramach rocznicy współpracy Łodzi ze Stuttgartem. Biorąc pod uwagę moje urodziny w tym miesiącu, to był najlepszy prezent urodzinowy od losu.
Listopad i Grudzień spędzony pod znakiem samotnych treningów. Czasami tak lubię, ja i mój cień, muzyka wokół, i moje myśli. Zdobyłam także własną rurę do pole dance.
Ależ się rozpisałam, nie miałam w planach aż tak się nad tym rozwodzić. Mimo wszystko przywołane wspomnienia aż prosiły o symboliczne uwiecznienie.
Od roku 2014 nie oczekuję konkretnych rzeczy. Tak jak rok temu wolę pójść z flow, pojechać tam gdzie mnie wiatr wypędzi, w momencie gdy poczuję, że to ten odpowiedni moment. Mimo to mam kilka punktów-wyznaczników, którymi będę się kierować. Zapiszę je tu, i gdy 331 dni (licząc od dziś) przeminie, wrócę do tego wpisu by sprawdzić, co udało mi się zrealizować.
- Podróże. Jeśli udałoby mi się wygrać nagrodę - wycieczkę w konkursie, na pewno w wakacje pojechałabym (jeśli to możliwe, to z Lubym) w jakieś wspaniałe miejsce, by eksplorować okolicę, zdobywać kolejne dachy i punkty widokowe, poznać tamtejsze parkourowe środowisko, zobaczyć okolicę od środka.
Na pewno także wybiorę się autostopem do poznanej w Stuttgarcie Jules. I jestem pewna, że poniesie mnie jeszcze dalej, to jednak już pozostawiam losowi do zadecydowania. Niektórych okazji nie da się zaplanować :) - Parkour. Łatwo tu jest ustalić sobie konkretne cele, jakie chce się osiągnąć. Dużo trudniej je zrealizować, ponieważ wymagają niesamowitego wkładu pracy i czasu. Dlatego trzeba pamiętać, że rozczarować się można bardzo szybko. Mi się to zdarzyło, ale teraz jestem odpowiednio przygotowana :P W tym roku chciałabym oczywiście rozwinąć ile się da, ale szczególnie zwrócę uwagę na:
Muscle up - udoskonalić technikę i upłynnić ruch
Climb up - czyli końcowy etap wchodzenia na ścianę, z cata do podporu. I dodatkowo wbicie na obie nogi. Marzę, by robić to płynnie... Jestem na dobrej drodze!
Precyzja - chodzi głównie o precision jumps. Technicznie jest bardzo dobrze, dystans także dobry, ale za precyzję sama bym siebie karała. A ma być idealnie.
Flow - czyli płynność. oczywiście wiem, że to ćwiczy każdy i ciągle, to owy magiczny element przychodzący naprawdę z czasem. Ja chciałabym się skupić na otwarciu mojego umysłu na otoczenie, dojrzenie nowych ruchów, wyrobienie sobie odruchu gładkiego łączenia ruchów.
Kongi do preca - po prostu. Wiercić, do skutku.
Tyle rzeczy wyodrębniłam. Liczę, że postęp będzie w każdym podpunkcie. Ja już o to zadbam :3 - Pole dance. Zauroczenie od pierwszego spróbowania. Własna rurka daje mi tyle możliwości teraz, nic tylko ćwiczyć. Dlatego muszę koniecznie popracować nad elastycznością. Niestety orłem tu nie jestem, dopiero co nauczyłam się dosięgać do palców stóp. Szpagat? W tym roku chyba jeszcze nie, ale zamierzam być już blisko.
To chyba wszystko z postanowień, co jest warte wymienienia na tym blogu.
Już za 5 dni wyjeżdżam na ferie do Holandii, z czego od razu w niedzielę jedziemy z Lubym na jednodniowy zlot parkour do Hagi. Będę miała co opisywać :D
piątek, 31 stycznia 2014
Konkurs?
Zdecydowałam się wziąć udział w corocznym konkursie na bloga roku. Przyznam, że skusiła mnie nagroda - wycieczka z biura podróży. Oczyma wyobraźni ujrzałam wspaniały wakacyjny parkourowy trip do Francji, Hiszpanii bądź Anglii *__* Tyle szczęścia.
A jak nie wygram - szkoda. Mam za to nadzieję, że blog trafi do większej liczby ludzi, i może zainspiruje (nie tylko dziewczyny!) do uprawiania tej pięknej sztuki, jaką jest Parkour :3
Ale już 8 lutego wyjeżdżam na zasłużony odpoczynek do Holandii i niebawem opublikuję nowy wpis :)
Stay strong!
A jak nie wygram - szkoda. Mam za to nadzieję, że blog trafi do większej liczby ludzi, i może zainspiruje (nie tylko dziewczyny!) do uprawiania tej pięknej sztuki, jaką jest Parkour :3
By zagłosować na mój blog, wystarczy wysłać SMS o treści F00271 na numer 7122
(koszt 1,23zł). Cały dochód przeznaczony z sms'ów zostanie przekazany
Fundacji Gajusz która prowadzi Hospicjum dla osieroconych Dzieci.
Ostatnio cisza tu i wiatr huczy po kątach, bo całą swoją uwagę skierowałam na uczelnię - sesja, wiadomo.
Ale już 8 lutego wyjeżdżam na zasłużony odpoczynek do Holandii i niebawem opublikuję nowy wpis :)
Stay strong!
piątek, 29 listopada 2013
Czemu mam zawsze czas na trening?
*UWAGA: pisząc to nie chciałam nikogo obrazić, a podając przykłady nie miałam na myśli nikogo konkretnego. W razie nadwrażliwości proszę przed czytaniem wziąć dwa głębsze... wdechy.*
Yumi taka aspołeczna.
Wow.
Ostatnio moje życie kręci się wokół dwóch tematów: studia i trening. Resztę wyeliminowałam bądź zmniejszyłam do minimum. Przez przejście w tryb samotnika zdążyło mi się obić już o uszy, że przestałam ćwiczyć parkour - hehe.
Wena gdzieś ze mnie uleciała i od kilku tygodni zdaje się nie powracać, a ja chciałabym wypowiedzieć się na kilka świeżych i dość ważnych tematów. Podejście już chyba czwarte bądź piąte. Przynajmniej mijający czas poświęcam na dokładne obserwacje otoczenia.
"Nie mogę przyjść na trening, nie mam czasu!", i jak to ma się do mnie i do innych osób.
Powyższe przytoczone zdanie ostatnio słyszę notorycznie. Nie mogę bo studia, nie mogę bo praca, nie mogę bo muszę wyprowadzić psa na spacer. Od października niesamowicie trudno mi z kimś się umówić na treningowy wypad na miasto. I tu dodam: też zdarza mi się tak powiedzieć!
W czym sęk? Ano w tym, kto co rozumie poprzez wspomniany brak czasu. Ha! I tu zaczynają się schody.
- Zacznijmy miło. Część osób mówi tak, gdy rzeczywiście nie ma możliwości stawienia się na umówiony trening - akurat tego dnia zajęcia trwają od rana do późnego popołudnia, następnego dnia jest ciężki sprawdzian bądź kolokwium, inne ważne sprawy muszą być załatwione w danym momencie itd. Może się zdarzyć, że tym sposobem opuści się kilka grupowych treningów z rzędu, takie życie. Ale jeden mały szczegół wszystko rekompensuje: gdy dana osoba mimo wszystko ćwiczy. W końcu treningi w samotności są nie mniej wartościowe jak te z innymi traceurami! Nawet domowe siłówki są dobre. Grunt to trzymać się wyznaczonych celów i nie demotywować, szczególnie gdy robi się zimno i już o 16 panuje szarówka za oknem. Według mnie to jest ten moment przesiewu i zostają osoby naprawdę zawzięte, zafascynowane, zdecydowane.
- Inna sprawa, gdy dzień ma jedynie 24 godziny, a tyle spraw do załatwienia... i na trening nigdy nie starcza czasu. Bo trzeba zrobić zakupy, obejrzeć jak co tydzień nowy odcinek serialu, zrobić pracę domową, pouczyć się na egzamin, odkurzyć, a na koniec jest się tak zmęczonym, że nawet bezczynne leżenie nie daje odpoczynku. I co z tego, że chęci są?
Oj tak, pamiętam ten stan. Jeszcze ja niedawno miałam takie rozterki. Każdy jest inny, więc nie chcę wrzucać do jednego worka, ale u mnie rozbijało się to o nieumiejętność gospodarowania czasem... i myślę, że w dużej części przypadków to właśnie jest problem. Najtrudniej było mi do tego dojść! A potem wystarczyło określić swoje priorytety i nauczyć się planowania. Nagle zauważyłam, że nie potrzebuję pół dnia wolnego by porządnie potrenować i nawet nabawić się dwudniowych zakwasów. I choć do teraz mam problem z wstaniem wcześniej w celu zrobienia siłówki przed zajęciami, nie widzę przeszkód w zapakowaniu dresów i wyskoczeniu po szkole na godzinkę na trening. W zamian o godzinę krócej siedzę przy komputerze (największy zjadacz czasu!), nie spotykam się z koleżankami na pogaduchy, nie czytam mangi - no, chyba że po japońsku jest, to akurat dobra dla mnie forma nauki ;P - przykłady można wymieniać długo.
I jeszcze jedno: może się okazać, że po takim rachunku sumienia i ułożeniu zajęć w kolejności... parkour nie okazuje się być wystarczająco ważny, by znaleźć na niego czas kosztem innych czynności. Cóż, tak też może się zdarzyć. To nie jest sport dla wszystkich, i nie mogę być na kogoś zła, że na przykład koszykówka, taniec, chemia organiczna czy rysunek okazały się być priorytetem.
- Bywa też tak, że siły i czas by się znalazły, ale ochoty nie ma. Bo parkour taki fajny i w ogóle, ale zimno jest, i mokro, a łóżko takie ciepłe, film taki ciekawy, książka błaga o przeczytanie i lekcje same się nie odrobią. Nagle okazuje się, że całe życie nie sprzyja naszym treningom, wiek nie ten, siła nie ta - no jak to tak, mam uczyć się podstaw, gdy oni są obok? Wyśmieją mnie - ale mimo wszystko ja chcę, naprawdę! Dodajcie mnie do grupy, informujcie o treningach, jak znajdę chwilę to NA PEWNO przyjdę.
A Ty, do jakiej grupy należysz? :P
Tak na prawdę nie chodzi mi o kategoryzowanie i szufladkowanie ludzi, tylko o uzmysłowienie wam i sobie samej pewnej rzeczy. Każdy z nas przechodził powyższe 3 bądź dwa etapy w różnych dziedzinach. Nie szukając daleko, ja sama zatrzymałam się gdzieś pomiędzy punktem "chcę, ale tyłka nie ruszę" a "coś tam kombinuję, lecz czasu tak mało" w graniu na gitarze. A to z powodu parkour właśnie. Zainwestowałam w jedną pasję kosztem drugiej, i uważam to za rzecz naturalną. Nikt nie będzie przecież mistrzem we wszystkim, za co się zabierze, dlatego ja, sama rezygnując z niektórych rzeczy, nie mogę źle oceniać osoby nietrenujące parkour
Grunt to znaleźć tę prawdziwą pasję i włożyć w nią całe serce, doskonalić i pielęgnować. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)